Gdzie jest Twoja pasja?
Rok temu nasze manatki przenosiły się z czeskiej Pragi z powrotem do Polski. Po kilku latach pracy w jednym z tygrysów rynku SEM mieliśmy zamiar zacząć na nowo. Czy było warto?
Nie to co zwykle
Ten wpis będzie inny niż zwykle. Zazwyczaj można tu przeczytać teksty dotyczące technicznych aspektów PPC i SEO. Dziś będzie inaczej.
W ciągu ostatniego roku wiele osób pytało mnie dlaczego nie pracuję już w Ataxo i co mi w ogóle odbiło żeby z zagranicy wracać do tego marazmu polskiego. Odpowiedź wbrew pozorom jest dość prosta – rok temu Adaś, mój maluch, wpadł w wiek poborowy, przyszło mu porzucić zabawki i stanąć w szeregu pierwszaków. Chcieliśmy, żeby uczył się w polskiej szkole, bo chociaż umiał czeski najlepiej w naszej rodzinie, to jednak nie dawało to podstaw do komfortowej nauki. Stąd decyzja o powrocie do Polski.
Rozwód z Ataxo wydarzył się niejako „po drodze.” Nie wynikał z niechęci czy znudzenia pracą. Wręcz przeciwnie, idea Divbi to przecież właśnie SEO i PPC czystej krwi.
Bartek w krainie kangurów
Ta parafraza tytułu jednej z książek Alfreda Szklarskiego fajnie oddaje moje lata spędzone w Ataxo (pamiętam jeszcze All-Stars), najpierw w Katowicach, a potem w Pradze. Nie mam na myśli samej firmy, ale marketing w wyszukiwarkach ogólnie. To właśnie taka kraina kangurów. O Australii słyszał każdy, mało kto jednak zna więcej faktów na jej temat. Podobnie było z marketingiem wyszukiwarkowym. Patrząc na MSP można powiedzieć, że nadal tak jest.
Stopniowe poznawanie krainy kangurów było fascynującym przeżyciem. Nie zamieniłbym go na nic innego. Miałem wielkie szczęście móc obserwować polski rynek jednocześnie jedną nogą będąc na czeskim – dawało to znakomitą perspektywę, taki fajny kontrast. Przeogromnie cieszę się, że było z kim dzielić się wrażeniami i pogłębiać tematy dzięki intensywnym dyskusjom. Tak, chodzi o Kasię :). Wyszukiwarki stały się naszym wspólnym poligonem. Z dzielenia pasji i krystalizacji poglądów w czasie emocjonujących dyskusji powstało Magiczne. Były również takie momenty, że… Cóż, dość powiedzieć, że gdyby nie Kasia, to dużo dobrych rzeczy w ogóle by się nie wydarzyło.
Firma delegowała mnie często do Katowic i Warszawy. Katowickie biuro Ataxo gromadziło absolutnie najcudowniejszy kolektyw wesołych mutantów, w jakim kiedykolwiek byłem. Dla wszystkich ludków, którzy tam pomieszkiwali mam cały czas jedno i to samo – kocham Was.
Dlaczego tak? Dlatego, że im się chciało. Byli pełni zapału i entuzjazmu – mieli przeogromną pasję do tego, co robili. Ich praca na co dzień to były istne ekspedycje przez dżunglę – docierali do osad, gdzie albo o internecie nikt nie słyszał, albo słyszał niewiele. Rozbijali tam obóz i cierpliwie tłumaczyli dlaczego warto spróbować wyszukiwarek. Moim zdaniem to ich pozytywistyczne podejście umożliwiło późniejszy rozkwit tych wszystkich agencji i agencyjek SEM, które mamy teraz. Bo ile agencji było na rynku w 2005, 2006 roku?
Oprócz Katowic była jeszcze Warszawa i inne miasta, gdzie odbywały się jakieś konferencje czy spotkania. Spotkałem tam sporo interesujących ludzi, dzięki którym poznałem zapatrywania na wyszukiwarki ze wszystkich możliwych stron i barykad. Dawało to znów kolejną warstwę kontrastu do tego, co wcześniej znałem z teamów telesalesowych. Stopniowo można było zobaczyć klarownie gdzie leżą czyje potrzeby i interesy. I w którą stronę zmierzamy.
Gdzie te kangury?
Na przełomie 2008/09 roku zacząłem sobie zdawać sprawę, że coś jest nie tak. Rzeczy stopniowo zaczynały tracić swój, jak dotąd nieodłączny, czar, zachęcający na co dzień do działania.
Do teraz zadaję sobie pytanie co takiego się stało. Zmuszony jestem pozostawić je bez konkretnej odpowiedzi. Mogę tylko przywołać pojedyncze epizody, które wywoływały uczucie zrezygnowania i generalnie syzyfowej pracy. Przykłady.
W IAB siedzimy na grupie roboczej i gadamy jak to chcemy standardy dobre na rynku, po czym wychodzą kwiatki takie jak ten, albo ten. Grupie roboczej trzeba jednak oddać sprawiedliwie, że dyskusje toczyły się tam ciekawe. Tzn. do momentu, dopóki na grupę nie zaczęło przychodzić Google. Szkoda jedynie, że zazwyczaj na dyskusjach się kończyło.
Inny przykład to ewolucja rozmów z klientami. Mówi się, że apetyt rośnie w miarę jedzenia. Im bardziej firma rosła, tym durniejsze zapytania ofertowe trzeba było negocjować. Zapytania ofertowe kontrahentów totalnie dziewiczych pod kątem internetowym, układane wg widzimisię ichnich prezesów czy dyrektorów departamentów wszelkiej maści. Absolutnie nie mieli ochoty ani podawać uzasadnienia ani słuchać argumentacji. Ci z Was, którzy pracują w większych firmach, doskonale wiedzą co mam na myśli.
Jeszcze inny przykład to eventy branżowe. Zawsze słyszałem coś a’la robimy tą konferencję, bo trzeba ludziom solidnej wiedzy. Młody byłem, więc z początku nawet w to wierzyłem. Potem zaczęło mi przechodzić. Teraz wiem, że w Polsce organizatorów zazwyczaj nie interesuje Twoja merytoryka tylko chęć i wydolność Twojej organizacji do połykania pakietów sponsorskich. Merytoryka jest argumentem drugorzędnym.
Wspomniałem wcześniej, że mogłem dzielić się wrażeniami z Kasią. Człowiek jest dziwnym stworzeniem, czasem widzi rzeczy, których nie ma, albo nie widzi rzeczy, które są. Dlatego właśnie dobrze jest mieć możliwość weryfikowania własnych obserwacji w czyimś krytycznym spojrzeniu.
Życie masz tylko jedno
Tylko jedno. Oczywiście życie nie jest czarno-białe, ale naprawdę nie warto go spędzać na samoprzekonywaniu się, że to wcale nie plucie, tylko deszcz pada.
Rok temu, chcąc ocalić własną pasję i zachować spokój sumienia, zdecydowałem się wyjść z głównego nurtu wydarzeń, w którym obecność zapewniała praca dla tak dużej firmy.
Krok ten ocalił moją pasję – cały czas chce mi się czytać, analizować, pisać, kodować i wszystkie te dziwne rzeczy, od których zmieniam tylko szkła na grubsze. Praca, którą wykonuję, cały czas mnie cieszy i sprawia bardzo dużą satysfakcję. Kręci po prostu.
Krok ten pozwolił mi słowa popierać czynami. Wiem, jestem pyskaty. Ale dobrze mi z tym, bo nie tylko wierzę w to, co mówię, ale także to robię. Uśmiech politowania wywołują u mnie blogerzy powszechnie uważani za mędrców polskiego Internetu, niemal wieszczący na swoich witrynach i jednocześnie ubezwłasnowolnieni korporacyjnym kontraktem. Kontestacja, kontestacja, to jest dobre na wakacjach. A już w szkole wszyscy grzeczni, uczesani i bezpieczni.
Krok ten skutecznie i szybko zweryfikował wszystkie nawiązane znajomości. Wiem już, kto przyjaźnił się i uśmiechał bo miał w tym interes, a komu naprawdę zależało (zdrówko, Adamie!).
Popełniaj błędy
Na koniec jestem Wam winien pewną klaryfikację, która zachowa właściwy balans. Nie chcę sprawić wrażenia, że ten ostatni rok był jednym pasmem sukcesów, a cały ten post to taki publiczny wanking. Nie, chcę pokazać coś innego – zwycięstwa były, ale porażki pojawiły się także.
Najwięcej błędów popełniłem od strony menedżerskiej. Wcześniej miałem tylko mięsko, bez żadnego dbania o szkielet. Od czasu powstania Divbi wyrosła cała masa rzeczy, o których nawet nie wiedziałem, że istnieją. Pociągnęło to za sobą błędy w planowaniu i w efekcie obsuwy w terminach realizacji. Zaliczyliśmy faile, które palą przez cały czas jak rozpalone żelazo. Palą, bo niedotrzymywanie słowa to dla mnie osobiście absolutny wstyd. Pocieszeniem jest to, że po drugiej stronie mieliśmy wspaniałych kontrahentów – sprawy udało się wyprostować pomimo naszego faila (jeszcze dziękuję, wiecie kim jesteście!).
Więc jaki z tego morał?
Kiedyś przeczytałem coś, co mówiło że jeśli masz jakieś cele albo marzenia, to generalnie do realizacji potrzebne jest tylko jedno: do it fucking now. Jasne, pomyślałem, ten koleś jest na niesamowitym haju dzięki papierosom marki American Dream. Teraz wiem, że nie! Naprawdę, jedyne czego trzeba żeby żyć tak jak się chce i bez odrazy patrzeć w lustro, to po prostu przestać gadać i zacząć coś ze swoim życiem robić. Nie bać się porażek, bo one są naturalną częścią życia. I zawsze chronić swoją pasję. Nie ma takich pieniędzy, które są warte poświęcenia swojej pasji.
Zdjęcie na początku wpisu wykorzystałem w ramach licencji CC, autorem jest Michael @ NW Lens.



„Nie ma takich pieniędzy, które są warte poświęcenia swojej pasji.” Idealne podsumowanie.
Po przeczytaniu poczułem nutkę nostalgii. Mam to szczęście znać Bartka i Kasię i mogę z czystym sumieniem potwierdzić prawość wszystkiego, co zostało powiedziane w tym artykule. Pasji tej nierozłącznej pary semowych entuzjastów nie da się w żaden sposób podważyć, a jednym z wielu tego dowodów jest ten blog (osobiście posiadam ich znacznie więcej i pewnie nie jestem sam:).
Trzymałem, trzymam i będę trzymał za was kciuki.
Fajna refleksja. Gratuluję!
:-). Szkła na grubsze :-) Skąd to znam :-). Wpis. Miazga.
no pieknie. Szczegolnie ostatni akapit. Brzmi jak kolejna motywacyjna popierdolka ze stajni ZM ale ten kto sprobowal tak zyc ten wie, ze to dziala. Pasja w tym co sie robi jest najwazniejsza.. praca nie jest wtedy praca ale przyjemnoscia. Siedzenie i czytanie, analizowanie i sprawdzanie daje powera i otwiera umysl i oczy na kolejne rzeczy, ktore sie chce i mozna zrobic. Niestety brakuje tylko czasu…